Kurs Alpha, który odbywał się w naszym duszpasterstwie w pierwszym semestrze roku akademickiego 2024/2025 (21.10-16.12.2024), to były wyjątkowe spotkania przy dobrym jedzeniu i jeszcze lepszym towarzystwie, w czasie którego mogliśmy bezpiecznie podzielić się pytaniami i przemyśleniami o swojej wierze. Każde spotkanie rozpoczynaliśmy wspólną kolacją i filmem, a później rozmawialiśmy w grupach na tematy, które zostały w nim poruszone.

Poniżej świadectwo Michała z kursu “Alpha”:

To jest moje świadectwo z kursu Alpha, który odbył się w naszym duszpasterstwie — Maciejówce. Ten kurs to cykl spotkań dla osób, które chcą lepiej poznać chrześcijaństwo — zarówno tych, którzy wierzą, jak i tych, którzy dopiero szukają odpowiedzi. Spotkania odbywają się w atmosferze zaufania i otwartości. Ich celem jest stworzenie przestrzeni, w której można rozmawiać o Bogu i wierze bez oceniania.

Byłem jego uczestnikiem i jednocześnie pełniłem funkcję pomocnika w grupie. Każda grupa ma swojego gospodarza i pomocnika — gospodarz prowadzi spotkanie i moderuje dyskusję, a pomocnik działa bardziej w cieniu, dostosowując poziom swojej aktywności w rozmowie do osób, które udzielają się najmniej. Ma również za zadanie powiadomić gospodarza, jeśli zauważy jakiekolwiek niepokojące sytuacje.

Na początku publicznie nie mówi się o tej roli — dopiero później wychodzi, kto ją pełni. Kurs prowadzony jest przez osoby świeckie, dzięki czemu łatwiej jest przełamać dystans między osobami niewierzącymi a Kościołem i duchownymi. Uczestnicy czują, że rozmawiają z ludźmi podobnymi do siebie — studentami, pracownikami, zwykłymi ludźmi — a nie tylko z księdzem.

Do wzięcia udziału w Alphie zachęciła mnie moja dziewczyna, która była główną organizatorką kursu. Gdy zaproponowała mi rolę gospodarza lub pomocnika, nie chcąc brać na siebie zbyt wiele, zdecydowałem się zostać pomocnikiem. Myślałem, że będzie to prostsza rola. Jednak już po pierwszym spotkaniu zrozumiałem, że się myliłem.

Spotkania Alphy mają bardzo prosty, a zarazem piękny rytm. Jeśli w kursie uczestniczy więcej niż dziesięć osób, wszyscy są na stałe podzieleni na małe grupki. Najpierw wspólny posiłek — rozmowy o życiu, studiach, pracy, pasjach. To moment, by się oswoić i po prostu pobyć razem. Dopiero potem oglądaliśmy film o wierze. W trakcie jego trwania pojawiały się trzy pytania związane z treścią, na które mieliśmy po pięć minut, po czym odtwarzanie filmu było wznawiane. Po seansie rozmawialiśmy jeszcze przez około 45 minut.

Na początku trudno było mi odnaleźć się w roli pomocnika. Jestem osobą, która lubi się wypowiadać. Kiedyś sądziłem, że jeśli się nie odzywam, to odbieram coś dyskusji. Dla mnie rozmowa to wymiana myśli, sposób budowania relacji i wspólnego odkrywania prawdy. Tymczasem moim zadaniem było często milczeć — być, słuchać i dostosować się do osoby, która mówi najmniej. To było dla mnie wyzwanie. Na pierwszym spotkaniu nie doczekałem się momentu, w którym mógłbym coś powiedzieć. Czułem frustrację i żal, że nie mogłem wnieść swojego głosu.

Podczas przygotowań do kursu otwarcie powiedziałem, że nie widzę sensu uczestniczenia w dyskusji, jeśli ktoś nic nie mówi. Na to inny pomocnik, odpowiedział mi słowami, które zapadły mi w pamięć. Powiedział, że kiedyś sam był w małej grupie, gdzie dwie inne osoby cały czas rozmawiały, a on milczał. I wtedy pomyślał że dobrze byłoby mieć obok siebie kogoś, kto też milczy. Te słowa wylały na mnie kubeł zimnej wody. Zrozumiałem, że obecność może być równie cenna jak słowa. Czasem właśnie milczenie jest formą wsparcia. Z biegiem tygodni coraz bardziej czekałem na poniedziałki. Spotkania stały się dla mnie czymś, co porządkowało tydzień. Z każdym kolejnym spotkaniem coraz bardziej czułem się częścią Maciejówki.

Najbardziej wyjątkowym momentem całego kursu był wyjazd weekendowy. Dwie noce, trzy filmy — w jednym z nich nie było żadnych pytań, a po nim odbyła się msza. Film skupiał się na Duchu Świętym i Jego darach. Wychodząc z sali, czułem się głęboko poruszony, a w oczach pojawiły się łzy. Kontynuacją mszy była modlitwa. Oprócz tradycyjnych maciejówkowych śpiewów była wtedy udzielana modlitwa wstawiennicza. Nie wiedziałem wcześniej, czym ona jest. Gdy podczas przygotowań do weekendu Alphy padło pytanie, kto chciałby podjąć się posługi modlitwy wstawienniczej, zobaczyłem, że nikt nie podnosi ręki — więc zgłosiłem się ja. Ostatecznie było nas dwoje: moja dziewczyna i ja.

Ktoś może przyjść do ciebie z intencją, której wysłuchujesz, a następnie modlisz się za niego do Ducha Świętego — w jego intencji, jeśli ci ją powierzył.

Podczas modlitwy czułem coś, czego wcześniej nigdy nie doświadczyłem — ciepło w dłoniach, mrowienie, spokój, a jednocześnie ogromną obecność. Ci ludzie przychodzili z trudnymi, bardzo osobistymi sprawami. Wiedziałem, że nie mówili tego do mnie, tylko do Boga. Ja byłem jedynie łącznikiem — kimś, kto na chwilę staje pomiędzy człowiekiem a Bogiem, by pomóc nieść modlitwę. Było to niezwykle duchowe doświadczenie, w którym naprawdę czułem obecność Ducha Świętego. W tamtym momencie miałem poczucie, że jestem bliżej Boga niż kiedykolwiek wcześniej. Zaczynając od mszy, to były cztery, może pięć godzin najżywszej wiary w moim życiu — takiej, którą czuje się całym sobą, jak bicie serca.

Gdy skończyła się oficjalna część modlitwy, poszliśmy z moją dziewczyną pomodlić się nawzajem za siebie. Zrobiliśmy to na zewnątrz, na skraju ośrodka, w którym przebywaliśmy, pod gołym niebem, późno w nocy. Jedną z intencji, o które chciałem, żeby moja dziewczyna się pomodliła, był dar odwagi. W momencie, gdy to powiedziałem, usłyszeliśmy głośne wycie. Trójca Święta od razu dała mi okazję, by ten dar znaleźć.

Wielką wdzięczność czuję także wobec księdza, który prowadził organizatorów duchowo przez cały kurs, oraz wobec mojej dziewczyny, która wraz z nim dźwigała całą organizację. Czasem żałowałem, że nie mogli oni doświadczyć tego, co my — tych cichych, szczerych rozmów w małych grupach. Ale mam nadzieję, że wiedzą, jak wiele dobra uczynili i jak bardzo ich praca nas umocniła.

Kurs Alpha miał wpływ również na inne decyzje w moim życiu. Kiedy kilka miesięcy później pojawiła się propozycja wyjazdu na rekolekcje w Piwnicznej, przypomniałem sobie, jak mówiłem o tym na małej grupce — że chciałbym tam pojechać, ale że jestem już za stary, że musiałbym brać tyle wolnego. Ale moja grupka z Alphy powiedziała mi: „Michał, nie wymyślaj. Po prostu jedź.” Ich reakcja kilka miesięcy wcześniej wpłynęła na moją decyzję. Pojechałem. Po rekolekcjach byłem potwornie zmęczony — i czułem, że było warto.

Dzięki Alphie utwierdziłem się w przekonaniu, że wiara nie jest tylko prywatną sprawą — potrzebuje relacji, dialogu i wymiany myśli. Jestem ogromnie wdzięczny za wszystko, co przeżyłem: za ludzi, za rozmowy, za modlitwy i za to, że mogłem doświadczyć żywej wiary.

— Michał

 

        

© 2014-2021 CODA Maciejówka
Śledź nas:           
Skip to content