Ludzie
Świadectwa
Świadectwo Darka
| Świadectwo Darka |
|
Cześć! Mam na imię Darek. Wychowałem się (tradycyjnie) w rodzinie katolickiej, zostałem nawet ministrantem. Wszystko było w porządku dopóki nie zmieniłem parafii. Nowi ludzie, brak znajomych, nie mogłem się odnaleźć w nowych warunkach. Zacząłem uciekać z Mszy Św. (jako ministrant miałem obowiązek być na Mszy raz w tygodniu, oprócz niedzieli). Tylko w niedziele szedłem do Kościoła, po rodzice pilnowali. Wiara zaczęła się dla mnie stawać zbędnym balastem. Wierzyłem, że Bóg jest, ale dla mnie był On tylko Kimś, kto jest gdzieś wysoko i nie obchodzi Go to co się dzieje ze mną tutaj na dole. Chodziłem do kościoła co niedzielę, bo tak trzeba, taka tradycja, odklepywałem codziennie pacierz, bo tak nauczono. Z Bogiem miałem jednak niewiele wspólnego. W szkole średniej moje życie zaczęło biec zupełnie inną drogą. Nie było na niej miejsca dla Boga. Oddalałem się od Boga, popadałem w grzech, ale się tym nie przejąłem. Wtedy o tym nie wiedziałem, ale zacząłem niszczyć samego siebie, swoją osobowość. Tak było mniej więcej przez rok (może dwa). Pamiętam, że jak pewnego razu przyszedłem do Kościoła na Mszę, to zaczepił mnie ksiądz, zaproponował przyjście na spotkanie modlitewne, wyjazd na letnie rekolekcje... Pomyślałem sobie, że facet zwariował. Ja i Oaza... Pech (?) chce, że wygadałem się o tym rodzicom. Ci już nie dali mi spokoju. Tak truli mi głowę, że dla odczepnego postanowiłem pojechać na te rekolekcje (oczywiście z mocnym postanowieniem, że jak tylko z nich wrócę, to rezygnuję z tej całej Oazy i Kościoła). Ale na rekolekcjach przyjąłem Jezusa za mojego Pana i Zbawiciela. Bóg pozwolił mi osobiście doświadczyć swojej miłości. Nie miałem już chęci porzucać Oazy. Od tego dnia moje życie zaczynało się powoli przemieniać. Dostrzegałem rzeczy, których wcześniej nie widziałem. Niektóre, wcześniej uważane za dobre (albo obojętne), zacząłem dostrzegać jako rzeczy złe. Miejsce odklepywanego pacierza zastąpiła świadoma modlitwa, modlitwa, która przynosiła mi radość. Uwierzyłem, że jest po drugiej stronie Bóg, który wysłuchuje tych modlitw. Niedługo po tym trafiłem do Maciejówki, gdzie przez ponad rok dane mi było wzrastać. Moje życie zmieniało się coraz bardziej. Byłem jednak potrzebny w mojej rodzimej parafi jako animator, więc odszedłem z Maciejówki. Moja kariera trwała jakieś cztery lata. Na początku było dobrze, Pan mi błogosławił, moja grupka wzrastała co dawało mi siły o dalszej pracy. Po dwóch latach zaczęło się coś psuć. Moja służba nie dawała mi już satysfakcji. Zauważyłem, że wspólnota powoli zamiera. Ja „umierałem” wraz z nią. Przestało mi zależeć na wspólnocie. Moja modlitwa zanikała, a Pismo Święte powędrowało na półkę. Nagminnie zaczęło brakować mi sił do walki z grzechem, z pokusami. Przegrywałem. Moja wspólnota w końcu przestała istnieć, a ja zostałem na lodzie. Potrafiłem już tylko ładnie mówić o Bogu, i nic po za tym. Widziałem, że jest coraz gorzej, że wracam do dawnego stylu życia, do życia bez Boga, ale nie mogłem tego zatrzymać. Nie potrafiłem się już cieszyć. Modlitwa stała się udręką nie przynoszącą efektu. Moje życie i wszystko wokół stało się szare, smutne, bez sensu. Zgubiłem swoje miejsce w świecie. Ten świat do mnie już nie pasował, miałem wrażenie, że zostałem sam. Chciałem wrócić do Boga, ale już nie potrafiłem. Do tego zawaliłem semestr, miałem zaległości... Za sprawą koszmarnej sesji musiałem zwrócić się z prośbą o "fachową poradę" do kumpla, który był w Maciejówce (ale ja o tym nie wiedziałem). Za jego namową zacząłem przychodzić na tutejsze spotkania. Fakt, na pierwsze spotkanie bałem się przyjść. Miałem mnóstwo pretekstów, aby nie pójść. Ktoś chciał, żebym na to spotkanie nie dotarł. Tato tego dnia rozwalił samochód (mój ulubiony środek transportu), zwiał mi autobus, miałem stos sprawozdań do zrobienia itd... Jednak pojechałem. Później było spotkanie w małej grupce, tyle, że czułem się na nim na zasadzie: „co ja tutaj robię?”. Ale Pan zaczął działać w moim sercu. Na pierwszy ogień poszła moja modlitwa. Zacząłem się modlić i czytać Pismo Św., chociaż cały czas była to duża trudność. Zacząłem odnajdywać siły do życia, do walki z grzechem. Pan zaczął odbudowywać we mnie to, co ja zniszczyłem. Na pierwszych rekolekcjach doświadczyłem Bożej obecności. Moja modlitwa uległaprzemianie - stała się dla mnie źródłem radości i mocy. Postanowiłem więc służyć tej wspólnocie właśnie modlitwą (tak wylądowałem w Diakonii Modlitwy Wstawienniczej). Mogę tylko dodać, że od tego czasu nie ustało działanie Pana w mym sercu. Moje życie ciągle się zmienia. Co jakiś czas Pan pomaga mi wychodzić z problemów, z których rozwiązaniem nie mogłem sobie do tej pory poradzić. Cały czas daje mi moc do walki, i nadzieję której już nie miałem. Wierzę i wiem, że On mnie kocha, że Jemu na mnie zależy i że nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. No i oczywiście nie jest to zarezerwowane tylko dla mnie. |
|
Copyright © 2004 - 2010 CODA Maciejówka |
admin@maciejowka.org | Witryna na serwerze: |