“Kto jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije.”1

Nigdy nie byłam na czuwaniu. Nigdy. Zawsze znajdowałam mnóstwo wymówek, byleby tylko nie pójść. A bo za późno, a bo mam pracę, a bo coś tam, bo coś tam…. Po prostu się bałam. Modlić się w ciszy? Przez godzinę? Przecież ja nie potrafię, jeszcze bym zasnęła w tym kościele i byłby wstyd. Nie chciałam też przychodzić w połowie albo wychodzić w trakcie, bo głupio. Tak więc wyszło, że nigdy w życiu nie byłam na takiej cichej modlitwie przerywanej czasem śpiewem. Na takim oczekiwaniu na coś.

Ostatnio w moim życiu dużo się dzieje. Dużo za dużo. Wszystko na raz się na siebie nakłada. Nie mam nawet chwili, aby pomyśleć i skonstruować jakiś plan na przyszłość. Po prostu biegnę do przodu (jak to zwykle robią studenci na kilka tygodni przed sesją). Tutaj uczelnia, tutaj praca i więcej obowiązków, tutaj znowu uczelnia, praca do napisania, a to trzeba się jeszcze ze znajomymi spotkać, zajęcia, tańce, egzamin z tańców, kiedy ja się nauczę, praca na zaliczenie, jeszcze oblałam kolokwium…. Dobra idę na czuwanie.

Tak mniej więcej wyglądała moja decyzja. Myśląc o wszystkich rzeczach, które jeszcze muszę zrobić nagle przyszła do mnie myśl, że idę na czuwanie w Wigilię Zesłania Ducha Świętego. Wiedziałam od dawna, że jest, wiedziałam też, że do 21 to ja mogę być w pracy. Powiedziałam sobie: “Dobra Zuzu, najwyżej się chwilę spóźnisz, wpadniesz, pomodlisz się. Będzie Ci lepiej.”

To poszłam. Na początku myślałam, że zostanę tylko na czuwaniu, bo Msza miała być długa, a ja jednak mieszkam na Psiaku (niestety). Nawet nie wiedziałam, czy będę w stanie wysiedzieć godzinę próbując się modlić. Przerażało mnie to, ale obiecałam sobie, że nie wyjdę w trakcie. Nie wyszłam. Zostałam nawet na Eucharystii.

Takie czuwanie dało mi pewną świadomość o sobie. O tym jak wiele we mnie siedzi, a o czym nie mówię. Chyba nawet się za bardzo nie modliłam. Pozwoliłam nieść się pieśniom, które przepięknie wykonywała schola. Skupiałam się na ich tekście, przekazie. Trwałam w takim stanie, z zamkniętymi oczami, śpiewając. Nic więcej chyba przez cały wieczór nie robiłam. Ewentualnie myślałam nad swoim życiem. Jakoś to się powoli układało i nagle czuwanie się skończyło, a ja chciałam zostać na Mszy. Nie wiedziałam jak wrócę do domu – wiedziałam, że ostatni tramwaj mi odjedzie. To nie było ważne. Czułam, że Pan mnie jakoś poprowadzi do bezpiecznego miejsca.

Kiedy usłyszałam drugą intencję Mszy, wiedziałam już dlaczego czułam, aby zostać. Za tych, którzy mają wyschłe kości. Ostatnio trochę się wypalam we wszystkim co robię. Taka świadomość modlitwy o Ducha Świętego, o jego pomoc dała mi niesamowicie dużo spokoju. Może będę musiała zarwać kilka nocy, żeby zdać sesję i zaliczyć wszystkie przedmioty, może będę musiała trochę się powysilać, żeby to wszystko się poukładało, może w końcu będę musiała być szczera sama ze sobą i ze swoimi emocjami… Ale nie jestem w tym sama. “Pan odnowi twoje siły, On nie porzuci Ciebie. Pan pospieszy zawsze ci z pomocą, przyjdzie na ratunek”.2

Zuzanna Bocian

1 J 7:37
2 “Najnowsze śpiewy z Taize”

© 2014-2018 CODA Maciejówka
Śledź nas: