Środa.

 

Koń zeżarł mi mapę. Kupiłem wodoodporną, ale nie okazała się konioodporna. Żuł ją przez pół minuty. Pewnie chciał się czegoś dowiedzieć: na przykład tego gdzie się znajduje. Ale do Ancutów nie dojadł, bo skończył 30 km na zachód od swojej pozycji. I teraz mam mapę na której koń zęby zjadł. Da się na szczęście nieposkładać.

 

A skąd konie? Ze 30 pięknych półdzikich pasło się na łące, na której biwakowaliśmy. Pod koniec Mszy Świętej uznały, że nie ruszamy się z miejsca, wiec zajmą się naszymi rzeczami. Zajęły się.

 

Noc bezchmurna, a wieczorem i o wschodzie mistyczna mgła. Poranna kąpiel w rzece była rozkoszna. Zwłaszcza, że o 7 było już upalnie. Potem ponad 4 godziny wiosłowania w pięknej pogodzie. Po drodze kilka wiosek, brak sklepu, ale za to życzliwi ludzie. U jednej pani w Koźlikach kupiliśmy jaja! Zgadnijcie co będzie na śniadanie?

 

Dłuższy przystanek w skansenie ukraińskim. Wyjątkowe miejsce wśród drzew. Chce się tutaj dłużej zostać.. co prawda było nieczynne, ale pobuszowaliśmy trochę…

 

Jeszcze suchar kajakowy: co robią kajakarze na spływie? … narzekają. No
my tutaj cały czas na wodzie, wiec suchary mają branie.

 

 

Relacja ze środy (19.07.17)

© 2014-2017 CODA Maciejówka
Śledź nas: