Podróż świetnie zorganizowana, ale dużo dłuższa niż myślałem, bo nie uwzględniłem zmiany czasu. Z Paryża do Dakaru jest jednak daleko.

Pierwsze, co mnie uderzyło w Senegalu, zaraz po wyjściu z samolotu, to zapach, trochę podobny do tego w Burgundii, gdy docierało gorące powietrze z Afryki. Zapach niepowtarzalny do niczego innego niepodobny, ale dla mnie miły. Kojarzy mi się z ziemią, piaskiem, morzem i czymś jeszcze, co dominuje, ale pozostaje nienazwane.
Drugie zaskoczenie to nie tyle wszechobecne śmieci, ale kompletna wobec nich obojętność. Nikomu to nie przeszkadza i jest czymś normalnym. Ku memu zdumieniu sam szybko to zaakceptowałem.
Goszczę w niewielkiej (17 osób) wspólnocie a’la seminaryjnej. Chłopacy z całej Afryki. Niezwykle pogodni. Dziś przy obiedzie z dużym zaangażowaniem dyskutowali o tym czy Afrykańczycy mogą być dobrymi chrześcijanami. Choć szybko pojawił się temat poboczy, czy mogą być dobrymi poganami.
Za oknem mojego pokoju rosną bananowce (nie wiedziałem, że to bardziej krzaki niż drzewa), jest ogródek, siedem świń i jedna biała ogromna kura, którą bracia dostali na zabicie, ale jakoś się z nią zżyli i tak zostało. Cały ten zwierzyniec w centrum dwumilionowego miasta.
Byłem na brzegu oceanu. Pierwszy raz w życiu. Rybacy, bardzo wielu rybaków, pomagając sobie wzajemnie wyciągało na brzeg łodzie – długie, niezwykle kolorowe  czółna. Wrócili z nocnego połowu. Wśród ryb znalazłem kilka ośmiornic, wielką rybę zwaną lwem morskim i małego rekina. Kupiliśmy kilka dużych ryb. A w zasadzie dokonał tego Szczepan. Targowanie się trwało dobre pół godziny z całą swoją dramaturgią i licznymi zwrotami akcji. Wszystko w  języku wolof. Nie mogłem wyjść z podziwu. Była też ogromna ryba zabita harpunem. Niektórzy młodzi mężczyźni ubrani w pianki do nurkowania, zaopatrzeni w płetwy i harpuny polują indywidualnie na duże okazy.
Dom w którym mieszkam ma okna (otwory okienne), ale nie zawsze są w nich szyby np. korytarze, klatki schodowe. Obowiązkowo zaś moskitiery, które czasami z okna pokoju wychodzą na korytarz. Po co? By móc robić przeciągi. Dom, w którym powietrze może się poruszać jest dużo więcej wart, niż ten, w którym powietrze stoi. W tym pierwszym da się żyć. Tu każdy powiew jest niezwykle cenny. Nie ma nic lepszego jak przeciągi.
Czuję się nie najlepiej. Infekcja, którą złapałem tuż przed wyjazdem daje jeszcze znać o sobie. Głowa mnie boli i chyba gorączka trochę podniesiona, ale jest lepiej niż w przeddzień wyjazdu. Spałem jak zabity.

W nocy jest ciemno. Naprawdę ciemno. Rano śpiewały ptaki, a z sąsiedniej szkoły dochodziły głośne, radosne krzyki bawiących się dzieci. I tak co godzina. Zdałem sobie sprawę, że wokół naszych polskich szkół panuje cisza.

Kolorowe jak papugi, żywe jak dzieci na plaży, pachnące oceanem i nieznaną ziemią… Słowa Maliny o Senegalu, które możesz czytać codziennie przez kilkanaście dni. Bądź na bieżąco!

© 2014-2017 CODA Maciejówka
Śledź nas: