Jan Paweł II wraca jak morska fala… Z samego rana pojawiła się siostra Ksawera. Dwie godziny opowieści, różnej treści. Między innymi wspomnienia sprzed 25 lat. Nuncjatura Apostolska i spotkane JP II z Polakami mieszkającymi w Senegalu, a szczególnie z mieszanymi rodzinami. Lata mijają a te wspomnienia są bardzo żywe, starzeją się wręcz jak wykwintne wino. Błysk w oczach, pąs na licach i ożywiona gestykulacja. Ot…

Obiad jemy w wytwornym domu Ani i Ousmanne. Przelotnie spotkamy z ich dziećmi. Dwóch dorosłych synów, Adaś i Staś, jak nakazuje zwyczaj, tak jak ojciec, są muzułmanami. Rozmowa szybko wchodzi na tory wspomnień. Ania z mężem i synem też była w Nuncjaturze 25 lat temu. Opowiada z przejęciem, z detalami. Pamięta każde słowo, gest, spojrzenie. Wszystko jakby wczoraj. Żywe, obecne, pełne znaczenia.

Mój pobyt w Senegalu powoli się kończy. Te ostatnie chwile zostawiam dla siebie. Myślę, że mosty zostają przerzucone. Teraz wiem, że dwa tygodnie temu wychodząc z samolotu stawiałem z lękiem pierwsze kroki na tej ziemi oddzielony strachem i fobią. Nieznany mi świat Islamu wydawał się groźny i wrogi. Teraz wiem, że wróg był we mnie. Ja byłem tym groźnym. Nie wiedziałem, że wchodzę w świat, w którym wzajemny szacunek, pojednanie i pokój są chlebem tak powszednim, że nikt się temu nie dziwi. To, co tu się dzieje może być dla świata rozwiązaniem wręcz modelowym.

 

Może ujmę to tak:

Ruch na ulicach senegalskich miast i miasteczek potworny i bez jakichkolwiek zasad. Ciągi piesze i samochodowe to łączą się ze sobą, to się rozdzielają. Zwierzęta wszędzie. Samochody niemiłosiernie zniszczone, wyeksploatowane, staruszki z minionych epok, zakurzeni weterani. Jeździ wszystko. To, że w autobusie komunikacji miejskiej nie ma przedniej szyby, nikomu nie przeszkadza (brak wszystkich pozostałych jest w standardzie). Do autobusów wchodzi się tylnymi drzwiami, których nigdy się nie zamyka. Tam też jest mała platforma, na której stoją młodzi mężczyźni. Kobiety zawsze siedzą. Wchodzi i wychodzi się w każdym momencie i czasami w biegu. Nas, Europejczyków zdumieniem napawa fakt braku ofiar śmiertelnych na każdym skrzyżowaniu i rondzie. Ale ten chaotyczny (na pozór) ruch odbywa się prawie w ciszy. Klakson tu i tam, ale sporadycznie. Częściej ręka się pojawi w geście wdzięczności, zaproszenia, czasami powstrzymania. Na skrzyżowanie, na rondo wszystko wjeżdża na raz i, jakimś nieznanym cudem, wszystko zjeżdża, udając się w dalszą drogę. Musi być jakiś czynnik porządkujący, jakaś praprzyczyna tego fenomenu. Owszem jakieś prawo ruchu drogowego istnieje, ale nikt za bardzo się nim nie przejmuje. Są skrzyżowania ze światłami, ale wystarczy, że pojawi się w okolicy jakiś policjant i już na światła nikt uwagi nie zwraca. Przejść dla pieszych w zasadzie nie ma, a ludzie jakoś przez rzeki samochodów bezpiecznie się przeprawiają. Nikt na nikogo nie krzyczy, nie wymyśla. Co za fenomen? Otóż jadąc ulicami senegalskich miast bierzemy udział w nieustanie zawieranym konsensusie społecznym, w fenomenie nieustannego dogadywania się. „To teraz może ja, a ty za chwilkę. Jedź, no dalejże, wpuszczam cię”. Tu prawo nie jest potrzebne, tu prawo nic rozstrzygać nie musi, tu ludzie dogadują się na miejscu, w każdej sytuacji, jednorazowo. Myślę, że to, co dzieje się na senegalskich ulicach, świetnie obrazuje tutejsze społeczeństwo, które nastawione jest na szukanie konsensusu w wielu, a może we wszystkich dziedzinach swojego życia. Jakby każdy, każdemu dobrze życzył. Te rozliczne powitania, życzenie pokoju przy rozstaniach nie są tylko pustą formą, one znajdują swoje reperkusje w konkretnych sytuacjach. Brak wyrafinowanego, teoretycznego dialogu między muzułmanami i katolikami nie jest ułomnością tego społeczeństwa. Konsensus zawierany jest na bieżąco w konkretnych sytuacjach, jak na rondzie, gdy stają błotnik przy błotniku. Rządzi tu inna filozofia. Jeśli dogadamy się w każdej pojedynczej sytuacji, to nie będzie między nami napięć. Indukcja dedukcja. Ale jak to jest możliwe? A może działa tu jakaś tajemnicza siła ducha? Może jest coś niewidocznego dla oczu. Może to, że każdy do swojej „Siły Wyższej” się zwraca, jej się powierza i jej się oddaje? W ten sposób sam przestaje być bogiem. Swoje bóstwo nie tyle „wkłada do kieszeni”, co definitywnie wyklucza. Może zasadą jest właśnie modlitwa, zamiast kagańca prawa, które ma chronić przed pokąsaniem egoizmem innych. Po prostu uznanie kogoś innego niż siebie za Boga wystarczy. Stąd może na Car rapide (kolorowe busiki transportu miejskiego), na taksówkach, na samochodach wypisanych jest tyle wezwań do Boga: „Yalla Yana” (Bóg jest wielki), „Alhamdoulilah” (Bogu niech będą dzięki) itp. By każdy zdał sobie sprawę, że bogiem nie jest, że nie jest panem skrzyżowania, autostrady, zatłoczonej ulicy, ale jednym z wielu, który szuka konsensusu, który pragnie się dogadać. Chce żyć i pozwala żyć innym, takim samym jak on zginającym kolana przed Bogiem. Może nad tymi drogami unosi się jedno wspólne westchnienie: „Będzie jak Bóg chce”. Tu ludzi niewierzących w Boga nie ma.

 

Relacja z poniedziałku (21.02.17)

Kolorowe jak papugi, żywe jak dzieci na plaży, pachnące oceanem i nieznaną ziemią… Słowa Maliny o Senegalu, które możesz czytać codziennie przez kilkanaście dni. Bądź na bieżąco!

© 2014-2017 CODA Maciejówka
Śledź nas: