Msza, śniadanie i niekończące się odwiedziny po domach parafii ks. Leona. Odwiedzamy kolejne wioski, kolejne domy. Uderza mnie niesamowity pejzaż Senegalskich wiosek. Małe chatki ze słomianymi dachami. Dorośli, dzieci, zwierzęta wszystko żyje razem w niezwykłej harmonii. Na wsiach tylko niektóre dzieci chodzą do szkoły. Ks. Leon założył małą szkołę przy swojej parafii. Jedna klasa, dzieci w różnym wieku, młodsze i starsze są gościnnie. Uczy je Jean Pier, młody chłopak. Cała jego rodzina jest muzułmańska, on zbliżył się do chrześcijan i ochrzcił się. Nikt z rodziny nie ma mu tego za złe. Dzieci siedzą w ławkach. Nie mają ani podręczników, ani zeszytów. Nic nie mają. Wszystkie jednak zawsze bardzo uśmiechnięte, radosne, uważne, komunikatywne, grzeczne i bardzo chętne do współpracy. Brzmi jak bajka? Jak to możliwe? Tu dzieci wychowuje każdy. Nie ważne, czy dziecko jest twoje, z rodziny, sąsiadki, czy z sąsiedniej wsi, masz je wychowywać, zwracać mu uwagę, jak się ma zachować i wszystko tłumaczyć. Masz je kochać i okazywać tę miłość, czyli głaskać, przytulać, całować. Dlaczego? Bo jest dzieckiem, a każde dziecko tego potrzebuje. Proste? Nikomu nie przyjdzie tu do głowy, by dzieci prowadzić do szkoły. Przecież każdy napotkany człowiek się o nie zatroszczy, a z drugiej strony samodzielność osiąga się tu bardzo szybko. Jak dziecko nie umie samo dojść do szkoły, to jak sobie poradzi w szkole? Widziałem na drodze, a raczej na bezdrożu między dwoma wioskami wóz zaprzęgnięty w osiołka, którym jechała piątka dzieci, bez dorosłych. Nie wiem, czy choć jedno z nich skończyło dziesięć lat. Wiedziały, gdzie jadą i po co, a osioł się ich słuchał. Uwaga i skupienie dzieci przy rozmowie z dorosłymi są dla nas „białasów”, szokujące.

Wioski, które odwiedzamy położone są na wszechobecnym piasku. Kurz, zwierzęta, dzieci, wszędzie sterty śmieci, bieda, ale można dopatrzeć się w tym niezwykłego uroku. To, co mnie szokuje, a wręcz poraża, to kobiety. Wśród tych stert śmieci, zwierząt, piachu (tu nie ma chodników, dróg, trawników itp. ), we wszechobecnym kurzu przechadzają się cudownie wystrojone, niezwykle zadbane i czyste, piękne kobiety. Kreacje zdobne, kolory żywe, wzory wymyślne, niepowtarzalne, nakrycia głowy finezyjne. Jakby szły na wytworne przyjęcie, bankiet, otwarcie, przecięcie wstęgi, a może odczyt, do teatru na premierę. A one tak zwyczajnie, codziennie, bez okazji.  Niezwykle eleganckie i pociągające. Jakby cała ta pustynia zakwitała barwnymi, pachnącymi kwiatami. Księżniczka za księżniczką. Niektóre z dzieckiem na plecach przewiązanym chustą inne z tym i owym na głowie, bo tu się wszystko nosi na głowie i to z niebywałą gracją i wprawą – ba! – z  lekkością i dumą. I nie ma co ukrywać jest, to niezwykle praktyczne i zdrowe. Można nosić wiadro po brzegi wypełnione wodą, olbrzymi worek z Bóg wie czym i pojedynczą butelkę. Można nosić piętrowo pakunek na pakunku, można na płasko na olbrzymim talerzu kokę lub powiązane w małe snopki patyczki do szorowania zębów, które wszyscy nieustannie trzymają w zębach, co zapewne jest oznaką dbałości o higienę osobistą. Senegalczycy są niezwykle pragmatyczni. Tu się wszystko da zrobić. Widziałem autobus dalekobieżny, ten co bagaże na dachu się składa, a nie raz upycha z fantazją, wiozący właśnie na dachu trzy kozy. Ot. Można? Da się? Albo osiołka ciągnącego dwukółkę, a na niej chłopczyk siedzący na przedniej połowie samochodu. Gdzie reszta? Nie ważne.

Pielgrzymujemy od domu do domu, jak po kolędzie. Trzeba odwiedzić wszystkich krewnych. A w każdym domu czeka nas serdeczne powitanie. Ciepła rozmowa. Siadamy, goście nawet na plastikowych krzesłach. Nie ma różnicy, czy odwiedzamy chrześcijan, czy muzułmanów. Tu wszyscy okazują sobie szacunek.

Podziwiam Szczepana. Zawsze wie, co powiedzieć, jak się przywitać. Szybko i bezbłędnie odgaduje kto z jakiego jest plemienia. Kilka słów w narzeczu plemiennym i zaraz oczy spotykanych ludzi zaczynają błyszczeć pojawia się ten niesłychany uśmiech. Dochodzi do spotkania. W białym człowieku odkrywają swego i nie skrywają radości. On staje się członkiem ich rodziny, członkiem, albo przyjacielem plemienia. I oto cała katecheza. Wszystko o Jezusie już zostało powiedziane. Do każdej mamy mówi mamo, do każdego taty – tato i każde dziecko pacnie po głowie, i przytuli, i złapie za szyje… Na końcu pożegnania, odprowadzanie i kolejne pożegnania, jakby z najbliższym członkiem rodziny. Poklepywanie, położenie ręki na ramię. Oczy błyszczą, uśmiech szeroki i szczery. I tak z domu do domu.

Wracając do Dakaru słuchamy radia Afryki Zachodniej. I oto polski akcent w wiadomościach sportowych: Agnieszka Radwańska. Miło.

 

Relacja z czwartku (16.02.17)

Kolorowe jak papugi, żywe jak dzieci na plaży, pachnące oceanem i nieznaną ziemią… Słowa Maliny o Senegalu, które możesz czytać codziennie przez kilkanaście dni. Bądź na bieżąco!
© 2014-2017 CODA Maciejówka
Śledź nas: