Jest wieczór. Godzina 10.00. Siedzę w swoim pokoiku, a za oknem lekki szum miasta, ledwo słyszalne cykady i ktoś bezlitości znęcający się nad perkusją. Chłód wieczoru sączy się oknem, a drzwi trzaskają w przeciągu. W miseczce herbata z limonką, a na stole garstka nerkowca kupiona na ulicy u prostej kobiety z okrutnie zepsutymi zębami. Tu wszyscy trzymają patyczki w ustach i nieustanie nimi czyszczą zęby. Ale efekty tych zabiegów są widać nie najlepsze.

Przed południem na brzegu Oceanu spotykałem młodego chłopaka. Wywiązała się rozmowa.  Dołączył Szczepan (on zna Wolof).   Idrisa jest studentem drugiego roku rachunkowości i zarządzania na tutejszym uniwersytecie. Pochodzi z dominującego w Afryce Zachodniej plemienia Peul. Oni są w 100% muzułmanami. Przyjechał z okolic Koldy na południu kraju. W Dakarze mieszka u babci za pomoc w zajęciach domowych. Jeśli ktoś, taki jak on, nie ma wsparcia ze strony rodziny nie może nawet marzyć o studiach. Tutaj nie wybiera się kierunku studiów. Można zasugerować, co by się chciało, ale wyboru dokonuje państwo. Chętnie opowiada o swoim życiu. Było ich w domu pięciu braci i jedna siostra. On najmłodszy. Ma dwadzieścia dwa lata, ale to w dokumentach. Faktycznie dziewiętnaście.  Gdy starsi bracia poszli do szkoły on chciał też iść z nimi, ale miał cztery lata. Był jednak bardzo zdeterminowany. Ojciec zmienił mu metrykę urodzenia i poszło. Radził sobie różnie, ale gdy przyszło powtarzać klasę ojciec zagroził, że go zabije. I jakoś tak się przejął, że wyprzedził w swej edukacji całe rodzeństwo. Ojciec chciał, aby się kształcili. Rodzina chciała aby zajęli się bydłem i pomocą w rolnictwie.  Ojciec odłączył się zatem od rodziny (my nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie co to tutaj znaczy) i postawił na swoim. Brat jest nauczycielem francuskiego, a on jako pierwszy zrobi licencjat. W drodze do miasta wypowiada poruszające mnie słowa: „Bóg jest dobry i kocha wszystkich”. Jest wierzącym i praktykującym muzułmaninem. Dwa lata spędził w szkole koranicznej (tam dzieci i młodzież uczą się Koranu na pamięć), ale zrezygnował. W Senegalu urządza się konkursy recytacji Koranu z pamięci. Startują nawet dzieci. Idrisa zrobił na mnie niezwykłe wrażenie. Bardzo spokojny, niezwykle pogodny, otwarty, wręcz ufny. Krótkie, przyjacielskie spotkanie podniosło mnie bardzo na duchu.

Do perkusji za oknem dołączyła gitara basowa i jakieś inne instrumenty. Cykady już nie mogą się przebić. Zupełnie jak w mieszkaniu na strychu w Maciejówce w  letni wieczór, gdy na wyspie jest koncert.

Po południe spędziliśmy u sióstr franciszkanek. Piękny dobrze utrzymany ogród, solidne budynki. W środku czysto i porządnie jakby Afryka została za murem. Przychodzi tu sporo wolontariuszy, także ci z Polski. W ubiegłym tygodniu był Szymek Hołownia. Pracują tu trzy siostry z polski. Spotykamy dwie. Grażyna zajmuje się sierocińcem, gdzie jest ponad siedemdziesiąt małych dzieci, których matki zmarły, albo porzuciły swoje potomstwo. Siostra Ewa zajmuje się dziewczynami pogubionymi od osiemnastego do dwudziestego trzeciego roku życia. Jest ich ponad pięćdziesiąt. Uczą się tu francuskiego, moralności, dobrego wychowania, czym jest macierzyństwo i wychowanie dzieci, a także bardzo praktycznych umiejętności jak gotowanie, szycie, różne prace domowe. Ich dyżury w sierocińcu pozwalają z jednej strony praktycznie weryfikować zdobytą teoretycznie wiedzę i nabyte umiejętności, a z drugiej dzięki nim ten „dom dziecka” może funkcjonować. Fenomenalne połączenie. Brawo siory! Siostra Ewa prowadzi też pośrednictwo pracy.

Za oknem pojawił się też wokal. Muzyka nabiera mocy. Cykady dały sobie spokój. Rytmiczna muzyka, ale w Afryce chyba innej nie ma. Jest radośnie. Może sobie potańczę.

Relacja z piątku (10.02.17)

Kolorowe jak papugi, żywe jak dzieci na plaży, pachnące oceanem i nieznaną ziemią… Słowa Maliny o Senegalu, które możesz czytać codziennie przez kilkanaście dni. Bądź na bieżąco!

© 2014-2017 CODA Maciejówka
Śledź nas: